Tomasza Gałwiaczka historia Oławy

- opublikowano: 16-06-2014

OSI: Jest Pan autorem i współautorem publikacji, które przywołują przeszłość Oławy. Nie dziwi to, jeśli się wie, że jest Pan urodzonym oławianinem, choć nie zawsze tak bywa, że miejsce urodzenia staje się obiektem profesjonalnych zainteresowań historyka. Jak to jest w Pana przypadku?

Tomasz Gałwiaczek: Dziękuję. Istotnie w moim przypadku, jest to z pewnością pasja, działalność hobbystyczna. Natomiast szczęśliwie się składa, że powiązana z pracą zawodową. W takiej sytuacji w tę aktywność wkłada się serce, a jeśli się wkłada w coś serce, wtedy z reguły prędzej czy później przynosi to korzystny efekt. I to niezależnie od zawodu, profesji, fachu.

OSI: A zatem emocjonalny związek, szczęśliwe połączenie?

T.G.: Epizod oławski, to poniekąd przypadek. W trakcie studiów historycznych obligowano nas do pisania prac dotyczących między innymi historii Śląska. Na miarę swoich możliwości usiłowałem z dostępnych wówczas źródeł i opracowań sprostać potrzebom. Nie przypuszczałem wówczas, że przyjdzie mi się z tym zmierzyć osobiście, jako historykowi, który w mikroskali będzie konfrontował oławską rzeczywistość historyczną, w jakimś sensie nawet ją tworzył. Tak się jednak zwykle dzieje, że nagromadzony materiał domaga się w człowieku pewnego wyrazu; albo w formie zwerbalizowanej, tzn. prelekcji, wystąpienia, wykładu, albo publikacji: z natury niedoskonałego artykułu prasowego czy formy książkowej.

OSI: Stało się to zaraz potem, po studiach?

T.G.: Nie od razu. W 2007 roku rozpocząłem pracę we wrocławskim Oddziale Instytutu Pamięci Narodowej, w instytucji, do której się wówczas ani nie wybierałem, ani nie przymierzałem, bo tematem mojej pracy doktorskiej, było kaznodziejstwo staropolskie. Uważam się zresztą do dziś (proszę wybaczyć, to nie brak skromności z mojej strony, a raczej próba usytuowania swoich preferencji naukowych) za historyka kultury, mówiąc wprost specjalistę w zakresie kazań dominikańskich epoki nowożytnej XVII i XVIII wieku.

OSI: Z jaką placówką badawczą Pan wówczas współpracował?

T.G.: We Wrocławiu z Zakładem Historii Nowożytnej Polski i Powszechnej XVI – XVIII w. w Instytucie Historycznym UWr, gdzie w 2006 r. obroniłem doktorat. Tam pod kierunkiem prof. Bogdan Roka, powstawały prace, które można nazwać – ogólnie i szeroko – badaniami nad historią mentalności, nad kulturą człowieka. Zagadnienie to podejmują rozmaite dyscypliny: antropologia, psychologia, kulturoznawstwo, etc. Studiowałem też za granicą, najpierw w białoruskim Mińsku, a potem w belgijskiej Gandawie. Wracając do Pańskiego pytania mogę stwierdzić, iż wszystko to umożliwia niezwykle interdyscyplinarne możliwości ujęcia problemu. Zresztą, jest to skala zagadnień niezwykle trudno poddających się badaniom, wymagających stworzenia własnego warsztatu naukowego. Ale też bardzo interesujących, moglibyśmy powiedzieć metaforycznie przypominających podróż w nieznane. Wówczas w sposób naturalny pojawia się pytanie „co napotkamy na swojej drodze”? Jakie osobliwości zarówno w postaci źródeł, jak również towarzyszących temu osobistych refleksji oraz, a może przede wszystkim ludzi…

OSI: Czego trzeba szukać, kiedy wyrusza się w tę podróż, a wejście odbywa się przez bramę IPN?

T.G.: Kiedy zaczynałem pracę w Oddziale Wrocławskim Instytutu Pamięci Narodowej, tematyka lokalna pojawiła się niejako naturalnie. Z jednej strony była niewątpliwie powodowana ciekawością, z drugiej zaś potrzebą przeprowadzenia badań oraz koniecznością opublikowania ich wyników w formie przystępnej dla mieszkańców, choć nie ukrywam, że nie były to sprawy łatwe, proste i przyjemne… Dla mnie osobiście zmiana specjalizacji wiązała się z koniecznością przemodelowania warsztatu. Dotyczyło to przede wszystkim innego charakteru źródeł, odmienną rzeczywistością historyczną. Musiałem także, rozstać się (choć nie do końca) z pięknem barokowego języka, kulturą sarmacką, niezwykle pociągającą naukowo; należało wreszcie zanurzyć się w tekstach powojennej „nowomowy”. Źródła osiemnastowieczne i współczesne dzieliła prawdziwa przepaść, a trzeba pamiętać, że każdy dokument skrywa jedynie część prawdy, nigdy nie wolno traktować tekstów zapisanych na kartce papieru, jak prawdy objawionej! Z czasem jednak uczucie zakłopotania zaczęło ustępować. Pojawiły się pierwsze teksty w „Gazecie Powiatowej”. Były poświęcone Milicji Obywatelskiej i Urzędowi Bezpieczeństwa oraz ludziom, którzy te instytucje tworzyli. Były to sprawy niemal zupełnie nieznane. Jeżeli nawet pojawiały się w literaturze, to z reguły bywały okrojone, ocenzurowane, a sprawy te przedstawiano w odpowiednim kontekście politycznym. Stopniowo w Oławę zaczynałem „wchodzić” coraz głębiej, zwłaszcza w lata powojenne, w okres do 1956 roku.

OSI: I tak powstała książka o Urzędzie Bezpieczeństwa?

T.G.: Tak, choć odpowiem szczerze – do tej książki nie miałem serca. Gdyby dzisiaj stanęło przede mną takie zadanie, starałbym się ją zatytułować „Powiat Oławski w latach 1945–1956”, żeby nie ograniczać się do jednej instytucji, specyficznej i newralgicznej, ale jednak jednej-wybranej.

OSI: Jakie ograniczenia, na które natrafił Pan podczas pracy nad książką, najbardziej odbiły się na jej ostatecznym kształcie?

Tomasz Gałwiaczek: Przede wszystkim niedostatek źródeł. Dotyczyło to zwłaszcza lat 40-tych, bo dokumenty z tego okresu są mocno przetrzebione.

OSI: Zostały zniszczone?

T.G.: Nie sądzę, aby zrobiono to rozmyślnie. Takich dokumentów na Dolnym Śląsku jest bardzo wiele. Kiedy rozpoczynano proces tworzenia administracji państwowej na Dolnym Śląsku w 1945 r. funkcjonowało ponad 30 powiatów. Oława nie była „wyspą” obfitującą w szczególnie skandaliczne wydarzenia. Te dokumenty po prostu brakowano. Obecnie mamy sytuację, że z lat 40-tych zachowały się nieliczne dokumenty ówczesnego Urzędu Bezpieczeństwa – z 1946 i 1948 roku – a dopiero w miarę kompletna dokumentacja zachowała się od roku 1950.

OSI: To jedyne ograniczenia?

T.G.: Niektóre sprawy wypłynęły dopiero wówczas, kiedy książka była już w druku – w wyniku postępujących badań, które były prowadzone.

OSI: Czy jakiś utajony cel towarzyszył powstawaniu tej pracy?

T.G.: Nie. Żadnego utajonego celu nie miałem. Starałem się nade wszystko zrozumieć człowieka. Z jednej strony: zrozumieć ofiarę, ale również przysłowiowego „kata”, którego wrzucono w tryby skomplikowanej machiny totalitarnej.

OSI: Udało się?

T.G.: Nie wiem to trudne pytanie i powinno być raczej skierowane do Czytelników książki. Starożytni Rzymianie mawiali: nemo iudex in causa sua („nikt nie jest sędzią we własnej sprawie”). Po opublikowaniu książki nie miałem procesów sądowych, chociaż pojawiały się pogróżki w sieci internetowej, lub komentarze mało przyjazne, mówiąc oględnie. Mimo wszystko uważam, że dobrze się stało, że ta książka powstała, przede wszystkim z uwagi na pamięć ludzi, których system starał się zniszczyć. Nie chciałbym, aby ktoś odniósł wrażenie, że popadam w relatywizm, ale ofiarami zbrodniczego systemu były zarówno ofiary, jak również stali się nimi przysłowiowi oprawcy, choć odbywało się to w nieco innej formie. Posługując się przykładem, powracają mi na myśl słowa powieściowego Juranda ze Spychowa, który będąc na zamku w Szczytnie zwrócił się do komtura w te słowa: „hańbiąc mnie pohańbiliście się sami…”. Powtarzam, niczego nie chcę usprawiedliwiać, ani też relatywizować, w takiej sytuacji bardziej zastanawia mnie złożoność natury człowieka.

OSI: Po tej książce wdał się Pan w inne usiłowania, głębiej sięgające w przeszłość miasta.

T.G.: Po części tak. Z pełną świadomością starałem się pogłębić znajomość miasta, czy nieco szerzej historycznie pojmowanej „ziemi oławskiej” podczas dwóch konferencji: pierwszej z roku 2009 „800 lat historii Oławy” i drugiej z 2010 roku „Ziemia oławska od średniowiecza do współczesności”, gdzie starałem się nawiązywać nie tylko do najnowszej – polskiej – historii Oławy, ale łączyć ją z tą dawną, niekiedy zamierzchłą. Wynikiem takich wielowątkowych działań może być w miarę syntetyczny obraz miasta. Do tego staram się nawiązywać. Nie chciałbym zamykać się w kręgu historii najnowszej, ponieważ skutkuje to z konieczności obrazem mocno okrojonym, w pewnym sensie wybiórczym. Zmusza także, z jednej strony, do koncentrowania się na specyficznych typach osobowych i rodzajach źródeł, z drugiej zaś strony, uszczupla możliwości metodologiczne prowadzonych prac. Trudniejsze jest wtedy sięganie do dyscyplin, które lepiej pozwalają zrozumieć mentalność ludzką, a zatem: do antropologii, psychologii, socjologii, słowem do tych wszystkich dziedzin wiedzy, które pokazują, co składa się na kształt człowieka i charakter relacji międzyludzkich.

OSI: Czy to rzeczywiście aż tak istotny składnik instrumentarium, którym posługuje się historyk?

T.G.: Wykorzystywanie tych narzędzi na pewno nie jest rzeczą łatwą, ale osobiście uważam to za niezbywalną powinność uczonego. Brak reflektowania i zapoznawania się z ustaleniami wymienionych dyscyplin prowadzi do redukcji, która nie pozwala zrozumieć natury człowieka i motywów jego działań. Uczestniczyłem niedawno w konferencji, skądinąd bardzo interesującej i poznawczo płodnej, a tym, co zwróciło moją uwagę, było epatowanie okrucieństwem funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Nie padło jedno słowo na temat psychicznych skutków wojny, na temat czynników charakterologicznych, na temat środowisk, z których ci ludzie się wywodzili. A to przecież istota sprawy, jeśli chce się zrozumieć działalność tego specyficznego resortu. Jego kształt tworzyły nie struktury, lecz konkretni ludzie. Do tego dochodzą emocje, zranienia ludzkie, czynniki środowiskowe, charakterologiczne, wszelkiego rodzaju traumy, wszystko, co mieści się w sferze psyche, a czego brakuje w wielu publikacjach poświęconych najnowszej historii Polski..

OSI: To, co uderza przy lekturze Pana książki o UB, to fakt, że Pan się wręcz klinicznie trzyma faktografii dokumentowej.

T.G.: Nie mogę sobie pozwolić na konfabulacje. To nie jest tylko kwestia uczciwości i rzetelności naukowej, ale również, a może przede wszystkim świadomość, „siły oddziaływania” takiej książki w środowisku lokalnym. Kolokwialnie mógłbym powiedzieć, że nie mogę pisać, iż „tak mi się wydaje”. Po prostu dany fakt miał miejsce, lub nie.

OSI: Pomyślałem sobie o ludziach, których los rzucił w to miejsce w tamtym czasie. W lasach niemieckie bandy. Przyjeżdżają grupy rabusiów, milicjanci też często okazują się nie do końca ideowi. Jedyną pomocą może być instytucja, która jest ostoją władzy. A z Pana pracy wynika, że również UB składało się z ludzi branych wręcz z łapanki.

T.G.: Klasycznym tego przykładem był niejaki chorąży Kalita. Proszę wybaczyć stwierdzenie, ale był to człowiek daleki od ideału stróża prawa. Jego korzenie tkwiły w okupacyjnej historii Armii Ludowej, ale był także osobiście skrzywdzony przez los, przez życie pełne biedy, niedostatku, codziennej morderczej walki o byt, o podstawowe rodzaje dóbr. Jemu podobni ludzie łapali wtedy przysłowiowy „wiatr w żagle”, bo została im dana niepowtarzalna szansa, której nigdy w życiu, w tzw. normalnych warunkach, by nie mieli. Wybijanie okien, strzelanie nocą, stawianie się ponad prawem – było częstym wzorem zachowania funkcjonariuszy. I to się pojawia wręcz nagminnie w dokumentach postępowań dyscyplinarnych. Byli to ludzie typowani przez PPR według „kryterium klasowego”. Posługiwali się wyuczonymi na pamięć sloganami, które poznali na przyspieszonych kursach partyjnych, lub resortowych, natomiast głębsza refleksja była im najczęściej najzupełniej obca z oczywistej przyczyny. Po prostu pochodzili z rodzin biednych, lub bardzo biednych, oczywiście w ogromnej większości. Z milicjantami też bywało różnie. W Polsce centralnej i wschodniej często placówki MO były obsadzane przez żołnierzy Armii Krajowej.

OSI: Tam rzeczywiście było inaczej, tam się ludzie znali.

T.G.: Tak, natomiast tutaj starano się uzyskać nową tożsamość. Z różnych powodów. Ale każdy przypadek należałoby potraktować odrębnie, indywidualnie.

OSI: Złożony to był czas i skomplikowane sprawy.

T.G.: Są to czasy niewątpliwie ciekawe i każdy z nas, czytając te dokumenty, inaczej by je przefiltrował i stworzyłby na ich podstawie własną opowieść. Przez pryzmat własnego doświadczenia, wiedzy, wrażliwości, tego wszystkiego, co składa się na osobowość człowieka.

OSI: Jednak oprócz tych dokumentów urzędowych znalazł Pan zapewne również inne źródła, na przykład relacje ludzi?

T.G.: Rzeczywiście. Miałem przyjemność i zaszczyt spotykać na swej drodze ludzi niezwykle interesujących, którzy w swoim życiu wiele przeszli, nierzadko wycierpieli. Pamiętam szczególnie kilku z nich. Na przykład ś.p. Pana Bolka Telipa, wspaniałego człowieka, świetnego gawędziarza, osobę, do której zawsze miło i z sympatią wracam myślami. Na zawsze pozostanie w moim sercu. Wiele z tych postaci, to ludzie, których życie ciężko doświadczyło, ale, co mnie w nich szczególnie fascynuje to pogoda ducha, jakiej nie utracili, wrażliwość, poczucie odpowiedzialności za drugiego człowieka. To pokazuje siłę oddziaływania domu rodzinnego i najbliższego otoczenia lat młodzieńczych. Ludzie ci, bardzo chętnie dzielili się doświadczeniami i wrażeniami. Jako osoby wyjątkowej przyzwoitości, uczciwości, o sporym wykształceniu, wiedzy i mądrości byli marginalizowani, znajdowali się gdzieś na uboczu życia społecznego, bo mieli takie, a nie inne pochodzenie społeczne, lub konspiracyjną przeszłość.

OSI: A dokumenty, źródła klasyczne?

T.G.: Starałem się dotrzeć do wszystkich istniejących dokumentów. Procedury kancelaryjne zakładały, iż były pisane według pewnego schematu, zwłaszcza sprawozdania miesięczne czy kwartalne. Osobiście bardzo się cieszę, że udało mi się odkryć i przypomnieć postać podpułkownika Bolesława Babeckiego – osobę niemal całkowicie zapomnianą w Oławie, a przecież mającą piękną kartę wojenną i liczne zasługi również dla naszego miasta.

OSI: A jakie inne doświadczenia wyniósł Pan z tych zmagań z artefaktami suchych źródeł i nie zawsze dającą się utrwalić żywą materią ludzkich doświadczeń?

T.G.: Mówiąc pół żartem, pół serio, ten okres wytworzył we mnie naturę powieściowego „Pana Samochodzika” – bohatera stworzonego przez pisarza Zbigniewa Nienackiego. Ów „Pan Samochodzik”, stanowi swego rodzaju połączenie cech: uczonego, dziennikarza, śledczego, literata, nade wszystko jest w nim jednak pasja poznawcza. Do tego chyba jest mi najbliżej. Zajmując się danym zagadnieniem nierzadko musiałem polegać na własnym „nosie”, kierować się intuicją i wyczuciem. Na pewno jest to ciekawe zajęcie, dające rzadką możliwość spotkań z ludźmi, bardzo kształcące i nieszablonowe, nieschematyczne.

OSI: A inne Pana prace o historii Oławy?

T.G.: Pierwszą książką był tom pokonferencyjny „800 lat historii Oławy”. Potem przyszły następne. Po kilku latach mogę powiedzieć, że z mojej perspektywy, książki miały być pewnego rodzaju uzupełnieniem prac zespołu, kierowanego przez prof. Krystyna Matwijowskiego. W tej chwili są gotowe trzy książki poświęcone Oławie. Kolejne mam w sferze planów wydawniczych. Jednak muszę dodać, że w pewnym momencie przestałem odbierać Oławę w sposób rozumowy, a zacząłem ją „odczytywać” w sposób bardziej wrażeniowy – na zasadzie doświadczenia.

OSI: Jak to rozumieć?

T.G.: Oczywiście poznanie intuicyjne należy traktować z pewnym dystansem. Polegało to na przykład na tym, że udawałem się w ciemne lasy odrzańskie, przemierzałem je, wychodząc po wielu godzinach „gdzieś” na terenie Opolszczyzny. I potem znalazło to swoje odzwierciedlenie w skromnej książeczce turystyczno-krajoznawczej „Nad Odrą i Oławą”, którą napisałem wspólnie ze Zbyszkiem Jakubowiczem. Jest w niej fragment poświęcony odrzańskim lasom, który, choć krótki i niedoskonały, oddaje moje osobiste doświadczenia. To tylko jeden, ale nie jedyny wybrany przykład.

OSI: Dlaczego „niedoskonały”?

T.G.: „Niedoskonały”, ponieważ do wielu źródeł dotarłem już po ukazaniu się tej książki, na przykład do kilku kronik śląskich powstałych od XVI do XIX wieku. Tymi lasami się zachwycano i to nie tylko z okazji polowań, organizowanych przez książąt piastowskich z linii legnicko-brzeskiej, czy przez pruskich Hohenzollernów. Czymś wręcz niesamowitym jest doświadczenie tego lasu, jego zwierząt, ptactwa, roślinności, atmosfery. Dotyczy to również Ryczyna – trzeba tam być, usiąść i „czytać” go całym sobą w sposób bardzo wrażeniowy. To właśnie zakłada włożenie kawałka własnego serca w poznawanie i doznawanie historii oraz kolorytu tej ziemi. Bardzo bym chciał, żeby takie poznawanie ziemi oławskiej było inspirujące dla innych ludzi.

OSI: Jak zatem wyraziłby Pan ideę swojej pisarskiej aktywności?

T.G.: Nie chciałbym przesadzać z tą pisarską aktywnością. Jednak jeśli Pan pyta postaram się odpowiedzieć w sposób następujący: chciałbym przede wszystkim, żeby moja skromna praca i sugerowany w niej sposób obcowania z miejscami, o których piszę, skłaniały Czytelników do własnych poszukiwań. Żeby ludzie zaczęli dostrzegać otaczającą ich piękną rzeczywistość. Zasadniczą ideą, jest więc „uwrażliwienie” Odbiorcy. Wydaje mi się, że zmodyfikowałem swój punkt widzenia: z naukowego na bardziej społeczny. Taka myśl pojawia się w powieściach Henryka Sienkiewicz w XIX wieku, między innymi kiedy zakończył Pana Wołodyjowskiego pozwolił sobie na stwierdzenie: „Tak kończy się cykl powieści pisanych w niemałym trudzie przez szereg lat ku pokrzepieniu serc”. I być może to „pokrzepienie serc”, ta społeczna misja – pro publico bono – temu zadaniu właśnie przyświeca. Wszystko pokaże czas. Wciąż się zmieniamy, rozwijamy i doskonalimy-przynajmniej taką mam nadzieję i chciałbym w to wierzyć.

(Ze strony Oławskiego Serwisu Informacyjnego w rozmowie uczestniczyli: Dariusz Sidor i Lesław Baranik)

dodaj
komentarz
komentarz z NICKiem
zarejestruj
swój NICK


Polub OSI





Waszym zdaniem (komentarzy: 0. )

OSI - OLAWA.INFO - Tomasza Gałwiaczka historia Oławy

najnowsze tematy:




komentowane




Oławski Serwis Informacyjny - pierwszy oławski portal: Oława, Jelcz Laskowice, Domaniów | OSI odtłuszczone ;) OSI i "ciasteczka"
UAD.PL | OSI - OLAWA.INFO 2004 - 2019 | reklama | redakcja | mapa serwisu | polityka prywatności | regulamin